Z zapasami od początku. Wywiad z Franciszkiem Dendewiczem

0
1320
reklama
Franciszek Dendewicz i Damian Fedorowicz

Z Franciszkiem Dendewiczem o historii klubu sportowego Agros oraz życiu związanym z zapasami rozmawia Andrzej Buczyński.

Jak się zaczęła Pana przygoda z zapasami?

– W 1973 roku jako młody nauczyciel wychowania fizycznego zostałem przez władze miejskie wysłany na kurs instruktorski do Kostrzyna. Miasta rywalizowały ze sobą w różnych dyscyplinach. Wówczas bardzo mocne zapasy były właśnie w Międzyrzeczu, Kostrzynie, Zbąszynku, Sulechowie. W Żarach tej dyscypliny w ogóle nie było. A że byłem najmłodszym wuefistą w Żarach, to przez przypadek wysłano mnie na ten kurs. Po powrocie, w szkole numer 4 powstała taka namiastka zapasów. Mieliśmy parę materacy i trenowaliśmy gdzie się dało. Chętnych przychodziło wielu.

Kiedy powstał klub?

– Po rozpadzie województw, w zielonogórskim zapasy zostały praktycznie tylko w Żarach. W 1976 roku do Żar do pracy przyszedł Marek Cieślak i od tego momentu rozpoczęło się pasmo sukcesów Agrosu, które kontynuuje jego wychowanek – Ryszard Dynowski. W 1978 roku razem założyliśmy klub Agros Żary. Wtedy byłem nauczycielem w szkole numer 3, a w związku z tym że klub musiał jakoś działać, postanowiłem odejść ze szkoły na etat klubowy. Od samego początku pracowałem jako urzędujący wiceprezes i jednocześnie jako instruktor prowadziłem sekcję naborową. U mnie zaczynali tacy zawodnicy jak Damian Fedorowicz, Iwona Matkowska, Maciek Korochoda, Tomek Dziok, Mirek Matusiewicz. W międzyczasie pracowałem też na pół etatu w szkole rolniczej, żeby mieć kontakt ze szkołą i z młodzieżą.

Skąd taka nazwa?

– Agros z łacińskiego oznacza pole, grunt. Taka nazwa dlatego, że klub powstał przy kombinacie rolnym w Żarach. I to właśnie przez szereg pierwszych lat istnienia klubu kombinat był naszym głównym sponsorem. Gdy państwowe gospodarstwa rolne zostały zlikwidowane, zmieniliśmy nazwę na Włókniarz Żary przechodząc pod skrzydła takich zakładów jak Dekora, Wełna, Bawełna, które zaczęły nas finansować. Kiedyś sport nie był dotowany z budżetów samorządów, tak jak to jest teraz. Nazwa klubu zmieniała się jeszcze kilkukrotnie na Pol-Orsa, czy Hart-SM, dzięki któremu powstała też sekcja lekkoatletyczna.

W Żarach chyba wszyscy znają nazwę „Agros”.

– Agros jest marką znaną nie tylko w Żarach, ale też w Polsce i w Europie. Między innymi – oprócz oczywiście zawodników – dzięki oddanym trenerom, którzy pracowali i dalej pracują na te wyniki. Obecni trenerzy to: Ryszard Dynowski, Bogdan Kępiński, Dariusz Kołacz, Robert Kaszubski, Krzysztof Danielewski. Za lekką atletykę odpowiadają Krzysztof Skorupa i Dariusz Wisz. Wcześniej pracowali również: Marek Cieślak, Mirosław Malewicz, Mirosław Sawicki, Anatol Kałasznikow, Sławomir Tabaczek i Daria Rezlerska. Bo to nie działacze osiągają wyniki sportowe. Oni tylko wspomagają, pomagają i zapewniają warunki do uprawiania sportu.

Szkolił Pan młodych zawodników.

– Do 1995 roku byłem czynnym instruktorem zapasów. Wtedy właśnie zostałem dyrektorem miejskiego ośrodka sportu i rekreacji i tam pracowałem przez 19 lat, aż do emerytury.

W czasie tej swojej przygody z zapasami, której zawdzięczam bardzo wiele, zdobyłem uprawnienia sędziego międzynarodowego. Do 60 roku życia, bo dłużej nie można, sędziowałem najważniejsze zawody w Polsce i Europie.

Na rzecz zapasów działał Pan nie tylko w Żarach?

– Zostałem wybrany do władz Polskiego Związku Zapaśniczego. Przez pierwsze cztery lata jako członek odpowiadałem za sprzęt sportowy, a przez następne 8 lat pełniłem funkcję wiceprezesa PZZ odpowiedzialnego za sport kobiecy w Polsce. W tym czasie polskie zapasy zdobył pierwszy medal olimpijski. Jako kierownik polskiej ekipy jeździłem na mistrzostwa Europy i świata. Europę zwiedziłem prawie całą, a najciekawszy mój wyjazdy to chyba na Mistrzostwa Świata w Tokio i na igrzyska olimpijskie do Londynu.

To zapewne zostało jakoś docenione?

– Za swoją działalność otrzymałem wiele najwyższych odznaczeń z Polskiego Związku Zapaśniczego, a także brązowy i srebrny Krzyż Zasługi.

Ale chyba nie samym sportem się żyje?

W życiu prywatnym również osiągnąłem wiele – mam dwóch wspaniałych synów, synowe i czwórkę wnucząt, którym poświęcam każdą wolną chwilę, a one dziadka bardzo lubią. To moje największe osiągnięcie życiowe.

O zapasach wie Pan chyba wszystko?

– Przez te lata przeszedłem wszystkie – nazwijmy to – stopnie zapaśniczego wtajemniczenia. Oprócz trenowania i sędziowania, przez 39 lat nieprzerwanie pełniłem funkcję urzędującego prezesa w Agrosie. Moje odejście z klubu traktuję jako pokoleniowe przekazanie pałeczki sztafetowej tym, których wcześniej wychowywałem. Kiedy odchodziłem z zarządu PZZ, moje miejsce zajął Damian Fedorowicz, a teraz został prezesem Agrosu.

Nowy zarząd poradzi sobie z prowadzeniem klubu?

– Będę się temu przyglądał. Zależy mi na tym, żeby klub w dalszym ciągu się rozwijał. Takie mam zapewnienia, a jednocześnie gwarancję, że ci młodzi, którzy są teraz w zarządzie mają doświadczenie. Szczególnie Damian, który stworzył Polską Ligę Zapaśniczą. Artur Mikołajczyk jest doświadczonym zawodnikiem, który widział kawał świata i wie, na czym zapasy polegają. Uważam, że przekazałem to w godne ręce. Oni wyrośli stąd.

Tak więc żarskie zapasy są w dobrych rękach.

– Skoro ta dyscyplina przetrwała w Żarach 44 lata, to znaczy, że zaszczepiła się tu na dobre. Bardzo mi na tym zależy – jako ojcu chrzestnemu i założycielowi, żeby to wciąż trwało. Jest konkurencja, bo klubów sportów walki mamy w Żarach dużo, ale wszystko zależy od inwencji trenera, jego osobowości i od tego, jak potrafi zachęcić młodzież do danej dyscypliny.

My, jako starsze pokolenie – to przed siedemdziesiątką – nie możemy już zaimponować młodzieży w taki sposób jak ci, którzy teraz przejęli władzę w klubie. Są młodzi, przystojni i mają czym zaimponować. Do nich należy przyszłość. Oni też swoje osiągnięcia mogą przekazać następnym pokoleniom. Mocno na to liczę.

Na działalność klubową potrzebne są pieniądze.

– Z finansami zawsze było ciężko, ale dawniej byliśmy jednosekcyjnym klubem, w którym trenowali samo chłopcy. Teraz są i kobiety i lekkoatletyka. Za czasów Włókniarza mieliśmy własny autobus. Mieliśmy Nyskę, której pierwszym kierowcą był Józek Tracz. Na szczęście zawsze jakieś firmy nas wspierały. I nie było to tak za darmo, bo klub osiągał sukcesy, więc sponsorzy nie mieli się czego wstydzić. Dziś samorząd odgrywa dużą rolę w działalności klubu. Spora pomoc pochodzi obecnie z Kronopolu, czy Urzędu Marszałkowskiego, są też mniejsi sponsorzy. Przez te wszystkie lata chodziło mi po głowie, skąd wziąć pieniądze na klub i czy to co jest – wystarczy. Przez ponad 40 lat klub nigdy nie zaprzestał działalności ze względu na brak środków. Ale rozrzutności nie było. Troska o finanse była zawsze taką bolączką, z którą musi zmierzyć się także obecny zarząd klubu. Są tam młodzi, prężni biznesmeni, którym będzie na pewno łatwiej znaleźć się w tej sytuacji. Z jednej strony prowadzą swoje biznesy, a z drugiej – jako byli zawodnicy, sprawy klubowe znają od podszewki.

Po odejściu z zarządu chyba nie zerwał Pan kontaktów z klubem?

– Z Damianem jestem cały czas w kontakcie i kiedy tylko będzie taka potrzeba, to zawsze nowy zarząd może liczyć na moją pomoc. Teraz jest ich czas. Czas nowego pokolenia. Teraz mogę już odpocząć – iść na rybki, na grzybki i na działeczkę. Mam na to więcej czasu. Należę do koła wędkarskiego i bardzo lubię posiedzieć z wędką w spokoju, ciszy i posłuchać śpiewu ptaków. Więcej czasu poświęcę swojej niewielkiej działeczce, ale mam przede wszystkim wnuki, którymi jeszcze bardziej mogę się zająć jako dziadek.

Władze miasta zapowiadają budowę nowej sali do sportów walki.

– Bardzo na to liczymy. Jako dyrektor ośrodka sportu mogłem przysłużyć się nie tylko obiektom związanym z piłką nożną czy z koszykówką, ale przede wszystkim z zapasami. Sala zapaśnicza na Syrenie była postawiona jako tymczasowa, na 5-10 lat. Dzięki modernizacji, rozbudowie, przetrwała do tej pory i będzie służyła do momentu, aż powstanie nowy obiekt.

W naszym obecnym budynku można tylko robić zdjęcia pamiątkowe, a cały najlepiej oddać do skansenu. Ale nie wiem jak to przeżyję, kiedy stara sala będzie zburzona, żeby w jej miejscu powstała nowa. Przez lata błąkaliśmy się po różnych salach i nawet śmiano się, że gdyby Agros mógł, to nawet w kościele rozłożyłby matę. I w sumie nawet tak się stało, bo w sali na placu Inwalidów, gdzie trenowaliśmy kiedyś zapasy, później powstał kościół.

Pracował Pan aktywnie, nie będzie tego Panu brakowało?

– Na pewno nie będę się nudził, a od czasu do czasu przyjdę na trening i popatrzę jak trenują najmłodsze pokolenia Agrosu. Tu zawsze będzie mnie ciągnęło, bo ten klub to przecież 44 lata mojego życia. A każdy dzień w jakiś sposób był poświęcony zapasom.

ATB