Może wrócimy na drzewa? Rozmowa z Romanem Krzywotulskim, dyrektorem Żarskiego Domu Kultury

0
590
reklama

Z Romanem Krzywotulskim, dyrektorem Żarskiego Domu Kultury, o żarskiej kulturze i planach na przyszłość rozmawia Paweł Skrzypczyński

Wygrał Pan konkurs na dyrektora domu kultury. Pełni Pan tę funkcję z krótką przerwą od 1984 r. i będzie pełnić przez kolejne trzy lata. Jak się Pan czuje jako nowy dyrektor ŻDK?

– Mam ogromne doświadczenie w działalności animacyjnej i kulturalnej w swoim mieście, a to jest niezwykle trudne, bo jak w każdej innej dziedzinie, sprawdza się to, że najtrudniej jest we własnej ojczyźnie, we własnym gnieździe.

Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju?

– Oczywiście, że tak. To powiedzenie wyrosło z pewnych doświadczeń i to rzeczywiście nie jest łatwe. Powiem krótko, ja tu jestem jako instruktor od 1977 r. a potem już jako dyrektor. Niech się niektórzy obrażą, ale jakieś 85 proc. działań animacyjnych, to jest moje dzieło – albo zostało to przeze mnie wymyślone albo jest realizowane pod moim kierunkiem. Kto chce, to pamięta. Skromność skromnością, ale może trzeba to mieszkańcom powiedzieć.

Mieszkańcy tego nie widzą, nie pamiętają, nie doceniają?

– To, co robimy i to, co sam robię od wielu lat jest bardzo dobrze postrzegane przez animatorów z zewnątrz. I to począwszy od naszego regionu aż do Warszawy, czy Krakowa. Tam się docenia, a wręcz nie dowierza, że my w naszej małej ojczyźnie podejmujemy szereg działań niezwykle oryginalnych. Także to, że jesteśmy niezwykle konsekwentni.

Co to znaczy konsekwentni?

– To, że w zakresie działań animacyjnych i edukacyjnych, dotyczących sztuki, tradycja naszej małej ojczyzny jest kultywowana. Nie są to jednorazowe błyski, zrobione na dzisiaj i odfajkowane. Jeżeli jakiś projekt interesuje mieszkańców z regionu i spoza regionu, to taki projekt realizujemy ponownie. Stąd 39. edycja Salonu Jesiennego, który wymyślili nasi plastyce, stąd 28. edycja Krajowego Salonu Fotograficznego, a teraz uczestnictwo w nowych projektach np. Festiwal Filmu i Teatru, Przedsionek Raju, EuroSilesia, czyli projektach o randze nie tylko regionalnej.

Rozwijają się też całkiem nieźle działania animacyjne. Współpracujemy mocno ze stowarzyszeniami i szkołami. W ŻDK działa kilkadziesiąt grup, około 800 naszych mieszkańców co tydzień przechodzi przez nasze obiekty.

Chce Pan powiedzieć, że na brak pracy w ŻDK nie narzekacie?

– To według niektórych jest „nic”. Ja myślę, że to według tych, którzy w ogóle się nie interesują kulturą. Ja się w wielu dziedzinach nie wypowiadam, bo się nie znam. Mam jednak na tyle kultury, że się nie wypowiadam, bo bym się kompromitował.

To znaczy, że niektórzy mieszkańcy wypowiadając się na temat żarskiej kultury kompromitują się?

– Tak, kompromitują się jako ludzie, nie jako znawcy, bo znawcami nie są. Te wszystkie hejty w internecie – jak się ktoś ukrywa za internetem, to popisuje się, że ma coś do powiedzenia. Proponuję tym ludziom, żeby wzięli udział w jednej czy drugiej imprezie i dopiero wyciągali wnioski. Ja to od wielu lat podkreślam moim dzieciom z teatru. Na tym polega pedagogika – zmuszam młodych ludzi do uczestniczenia w spektaklach teatralnych, w koncertach muzyki poważnej, wystawach.

Dlaczego?

– Po to, że jak dorosną to będą mieli wyrobiony gust. Wówczas będą mogli powiedzieć, że „nie znoszę muzyki klasycznej”, ale dlatego, bo jej dotknąłem i wiem czym jest. Łatwiej powiedzieć „nie znoszę” niż przyznać się, że „nie znam się”. Moja córka zaczęła w liceum słuchać muzyki „metalowej”, ale miała już przygotowanie muzyczne i zajmowała się kulturą wysoką. Mój syn, dorosły człowiek, doktor psychiatrii, gra na klawiszach i pisze aranże. Z kolegami gra rocka progresywnego, a przecież wychował się na klasyce i jazzie. To co robi, wynika więc z dużej świadomości.

I tę świadomość trzeba budować?

– Tak. Nasza rola jako instruktorów i pedagogów pracujących w domu kultury polega polega na tym, że my w dużym stopniu przygotowujemy mieszkańców do uczestniczenia w kulturze. To jest cenniejsze niż sprowadzenie na występ profesjonalnego artysty, chociaż wiadomo, że mieszkańcy tego też oczekują.

A jak Pan skomentuje zarzuty, że „dyrektor nic nie robi” i „nic się nie dzieje”?

– Słyszałem na etapie przygotowań do konkursu, że jak Krzywotulski nie daj Boże wygra, to będzie regres w kulturze. Daj Boże taki regres innym miastom! Niektórzy nawet w mediach się wypowiadają pod własnym nazwiskiem. To są ci, którzy w ogóle nie uczestniczą w kulturze. Ich opinia niekoniecznie jest miarodajna.

A przecież istotną sprawą jest to, w jakim stopniu nasi mieszkańcy uczestniczą w imprezach. Od jakiegoś czasu nasze codzienne działania animacyjne kończą się produktem artystycznym i ekonomicznym. Ludzie wręcz biją się o bilety, które kosztują niewiele, ale jednak.

Bilety na co?

– Na nasze, wyprodukowane w domu kultury imprezy, np. widowiska taneczne lub koncert orkiestry. Kiedyś, podczas różnych dyskusji z samorządowcami słyszałem, że powinienem robić festyny, bo na festyn przychodzi kilka tysięcy osób. No oczywiście, że tak – przyjeżdżają profesjonalne zespoły, przychodzą tysiące ludzi, ale dla mnie w sensie działań edukacyjnych … powiem tak: To ja jestem w tym mieście strażnikiem tego, co się tu dzieje w zakresie kultury i edukacji kulturalnej. Przyjdzie ktoś inny, to będzie robić coś innego.

Czyli festynów ma nie być?

– Nam zależy przede wszystkim na tym, żeby nasi mieszkańcy byli bardziej świadomi i mądrzejści, a nie byli tylko biernymi uczestnikami festynów, na których pije się piwo i stoi się plecami do sceny. Na festyny przychodzimy głównie po to, żeby wypić piwo i pogadać. To też jest ważne, nie kwestionuję tego, ale …

Nie może to być podstawą?

… no tak, bo wychowujemy wówczas społeczeństwo konsumpcyjne, które chodzi na festyny i ogląda programy telewizyjne ze znanymi gwiazdami. Do tego nie są potrzebni animatorzy, instruktorzy i dom kultury. Burmistrz może to zlikwidować i zatrudnić dwóch agentów, którzy będą trzy razy w roku robić wielki festyn. Tylko wówczas należałoby zapytać, co będzie z nami za dwadzieścia lat? Może wrócimy na drzewa? Przecież edukacja szkolna nie w pełni zapewnia edukację kulturalną.

To co należy robić zamiast festynów?

– Ważniejsze od festynów są np. przeglądy grup kolędniczych. Uczestniczy w nich np. dwadzieścia grup po kilkanaścioro dzieci w każdej. Za nimi stoją zaangażowani rodzice i dziadkowie – szykują kostium, sprawdzają, czy dziecko nauczyło się tekstu, potem razem przychodzą na przegląd. Podkreślam, że to jest pełne zaangażowanie emocjonalne, a przecież sztuka powinna wyzwalać emocje.

No dobrze, ale czy przygotował i zaproponował Pan jakieś nowe pomysły na żarską kulturę?

– Startując do konkursu musiałem przygotować koncepcję i zaproponować coś nowego. Muszę jednak podkreślić, że będziemy kontynuować to, co robimy od lat, a o czym już wspominałem w tej rozmowie. Te nasze, tradycyjne projekty będziemy rozbudowywać i urozmaicać. Jeżeli chodzi o nowe pomysły, to oczywiście dużo przemyślałem i przegadałem z różnymi ludźmi w Polsce, poczytałem sporo w internecie …

To czego możemy się spodziewać?

– Szykujemy interesujące projekty. Przede wszystkim Regionalny Konkurs Kabaretów Młodzieżowych. Istnieje taka potrzeba, jest zainteresowanie. Jesienią będzie pierwsza edycja. Drugi projekt to Dom Tańca. Warsztaty, które będą się kończyły wspólną potańcówką i zabawą, kilka razy w roku będzie prowadził poznański artysta Jacek Hałas. Będzie przyjeżdżać z własnym zespołem i każde spotkanie będzie poświęcone innemu rodzajowi muzyki. Inny projekt pod roboczym tytułem: Kunice – Moja Dzielnica, będzie polegał na wystawie starych, dokumentalnych zdjęć i konkursie fotograficznym, dokumentującym współczesność.

No dobrze, mamy kontynuację i nowe projekty. Jeżeli jednak mamy rozwijać kulturę, to czy stan techniczny obecnych obiektów jest do tego wystarczający?

– Na dzisiaj obecna infrastruktura w jakimś stopniu pomaga nam w realizacji projektów. Dużo imprez w okresie wiosenno-letnim robimy w plenerze. Nie mamy jednak idealnych warunków.

Czy jako nowy dyrektor zamierza Pan zrobić coś w tym kierunku?

– W mojej koncepcji napisałem, że marzy mi się w perspektywie zbudowanie w mieście nowego centrum kultury, które byłoby wizytówką miasta. Mogłoby nazywać się: Generator Kultury lub Inkubator Kultury. Nie mówimy jednak o roku czy trzech latach, niech to będzie nawet perspektywa dziesięciu lat. W zakresie sportu i rekreacji w mieście zrobiono wiele. Mówię to bez urazy. Przyszedł już jednak czas, żeby ludziom, którzy chcą w kulturze uczestniczyć, stworzyć do tego warunki. Nie żadne tam łatane namiastki, ale prawdziwe centrum. Jeżeli przygotujemy plany i kosztorysy, to otworzy nam się okno do projektów i pieniędzy ministerialnych oraz europejskich.

W którym miejscu miasta taki obiekt mógłby powstać?

– Sprawdziłem miejsce, które po przemyśleniach proponuję. To plac przed zamkiem i pałacem od strony Rynku – miejsce mojego dzieciństwa. Tam były kiedyś domy. Wiem już, że można tam budować. Na dokumentach jest akceptacja konserwatora zabytków. Nieprawdą jest więc to, co mówią niektórzy, że nikt nie da tam pozwolenia na budowę.

Co ważne, społeczeństwo poczułoby, że to jest nasz wspólny obiekt, że jest to miejsce, gdzie warto pójść. Nawet ci, którzy kulturą się nie interesują, także turyści, taki obiekt by zauważyli. Centrum miasta zyskałoby na estetyce i stałoby się bardziej reprezentacyjne. Zyskają wszyscy.

Roman Krzywotulski, foto Halina Gola