Motoryzacyjna pasja z pokolenia na pokolenie

0
1658
Krystian „Kołek” Kołaszewski z chrześniakami Kamilem i Dawidem, których zaraził pasją do motoryzacji. fot. Andrzej Buczyński
reklama

Z Krystianem “Kołkiem” Kołaszewskim z Lubska o pracy, do której idzie się z uśmiechem oraz warsztacie w Zabłociu, gdzie powstają niecodzienne pojazdy rozmawia Andrzej Buczyński.

Prowadzi pan warsztat i usługi transportowe, to praca zawodowa. Całe życie z motoryzacją?
– Całe życie, od małego, przez zawodówkę i szkołę średnią. Motoryzacja, motoryzacja i jeszcze raz motoryzacja.

Skąd takie zainteresowania?
– Kiedy byłem mały, ojciec wziął mnie na warsztat i powoli zacząłem się wciągać w to wszystko. Oprócz pracy to też hobby – stare samochody, motocykle…

Robi pan różne przeróbki, nie tylko dla siebie. Skąd pomysły?
– Sam wymyślam, proponuję, podpowiadam. Rzadko się zdarza, żeby ktoś dokładnie wiedział, co zrobić. Przyprowadzają mi samochody i mówią – Kołek, zostawiam tobie wolną rękę, rób co chcesz. Pomysły wpadają mi same do głowy. Nie rysuję projektów na kartkach. Kładę się, zamykam oczy i widzę, jak coś powinno wyglądać.

Pierwsza poważniejsza przeróbka w życiu?
– Chyba golf II. Wyszedł podobny do przyszłej “szóstki”, której wtedy jeszcze w projektach nie było. To jakieś 17 lat temu. Przeróbki generalnie są fajne, ale muszą mieć jakiś smaczek. Kiedyś mieliśmy z bratem malucha, którego kupił nam ojciec. Wtedy zaczął się taki tuning optyczny, modne były szachownice, które naklejaliśmy razem. Miałem wtedy 17 lat. Ale wcześniej też były jakieś przerabiane komarki, simsony. Można powiedzieć, że od 11 roku życia do dzisiaj tym właśnie się zajmuję, a mam teraz 37 lat.

Nie lubi pan seryjnych aut?
– Tego nie powiem, ale lubię coś pociąć, pospawać i trochę poprawić konstruktora.

Jest jakiś samochód, którego by pan nie przerobił, bo jest zbyt idealny?
– Dobre pytanie. Stare oryginalne mercedesy, bmw piąteczka. Szkoda tego psuć. Ale wartburg w oryginale już nie rzuca na kolana i dlatego się nim zająłem. Teraz przede wszystkim rzuca się w oczy.

Można powiedzieć, że 40-letnie auto przerobił pan na 100-letnie, ale skąd się wziął taki egzemplarz?
– Ze stodoły od pewnego dziadka. Przyszedł kiedyś znajomy do warsztatu ojca i mówi, że
w Lubsku stoi wartburg i właściciel chce go sprzedać. Oczywiście nie wytrzymałem, pojechałem go obejrzeć i od razu wiedziałem, że on musi być mój. Musi być w mojej kolekcji, czekać na placu, a na pewno coś z niego będzie.

Od razu wiedział pan, na jaki styl go przerobić?
– Były różne wersje. Siedzieliśmy z chrześniakami i zastanawialiśmy się nad koncepcją, a muszę przyznać, że Kamil i Dawid podsuwają mi dużo fajnych pomysłów, które później realizuję. Wymyślili, żeby zrobić tak zwany rost style. Zapytałem jak to widzą? A oni na to, że trzeba auto rozebrać, całe wypiaskować, wystawić i niech rdzewieje. Tak jak powiedzieli, tak zrobiliśmy (śmiech).

I pojawiła się rdza?
– Tak zupełnie naturalnie, bez żadnej chemii, wilgoć działa na metal. Później zostanie to polakierowane, żeby nie było dopływu powietrza. Jeszcze nie jest idealnie, rdzewieje tak od trzech miesięcy, ale było zbyt sucho. Mam nadzieję, że potrwa to jeszcze nie dłużej niż dwa
tygodnie. Później samochód trafi do garażu i na weekend od czasu do czasu zrobię sobie przejażdżkę z koleżanką, albo chrześniakami. To nie jest auto do jeżdżenia na co dzień. Lubię stare samochody i będę szukał kolejnych.

Jak ludzie reagują na tego wartburga?
– Wczoraj podeszła do mnie starsza pani i powiedziała – pamiętam, jak mnie mój stary takim wartburgiem do lasu woził i na tylnej kanapie coś tam robiliśmy (śmiech). Generalnie wszyscy reagują bardzo pozytywnie, oglądają, robią zdjęcia, machają. Mężczyźni i kobiety, właściwie w każdym przedziale wiekowym. Wiele osób chce go dotknąć, zobaczyć jak to jest pomalowane. Nie chce im się wierzyć, że to naturalna rdza.

Samochód jest po przeglądzie, zarejestrowany i sprawny?
– Diagnosta niczego w nim nie znalazł, pomimo lat, jakie wartburg już ma. Nie musiałem niczego robić przy silniku, ani przy hamulcach. Trochę tylko przy elektryce, bo bezpieczniki były popalone. Zalałem płyn do chłodnicy i to wszystko.

Tak wyglądał elegancki garbus, zanim wpadł w łapy złomiarzy. fot. archiwum

Wcześniejszy pana garbus też powstał w tym warsztacie.
– Robiłem go tu od podstaw, rozebrany do zera, wypiaskowany i znów składany. Zajęło mi to trzy lata. Później mi go ukradli i prawie zmasakrowali.

Trzy lata pracy. Taki samochód był prawie jak dziecko.
– Ukradli go, żeby zniszczyć, przerobić na kupę złomu. Jedyny taki egzemplarz. To było
w maju. Szukałem go trzy dni. Już był poszarpany, pocięty, cała instalacja elektryczna została wyrwana. Przeżyłem wtedy duży szok. Do dzisiaj serce mnie boli, że można było tak zniszczyć ten samochód. Pozbierałem się trochę i teraz znów przy nim rzeźbię, znowu od podstaw. Garbus na pewno wróci, w trochę innym wcieleniu, będzie jeszcze ładniejszy. Tyle, że zamiast iść do przodu, musiałem się cofnąć do poprzedniego projektu. Może w styczniu, lutym uda mi się go skończyć. Nie ma dokładnego terminu. Moimi zabawkami zajmuję się po godzinach. Pomału, spokojnie. Jak się zrobi, to będzie.

Widać jednak, że pracuje pan nad kilkoma projektami na raz.
– Jest inny wartburg z lat pięćdziesiątych w powiązaniu z mercedesem. Pomysł był taki, żeby kupić podwozie mercedesa z silnikiem i wstawić do wartburga, ale nadwozie było za małe. Zostało więc pocięte, pospawane i poszerzone. Potwór z pneumatycznym zawieszeniem pomału się buduje, ale zachowam jego stary styl. Od małego marzył mi się też trójkołowy motocykl i po ostatnim sylwestrze postanowiłem, że zrobię też coś takiego. Dużo pomagają mi w tym przyjaciele, koledzy, różne firmy. Kiedy potrzebuję na przykład coś wytoczyć, to nigdy jeszcze od nikogo nie usłyszałem – Kołek, nie da rady, nie można. Tapicer uszyje tapicerkę, a elektryk pomoże przy instalacji. Samemu nie da się wszystkiego ogarnąć. Nie wstydzę się zapytać, jak coś trzeba zrobić, albo poprosić o pomoc. Bez tego nie da się iść do przodu.

Połączenie wartburga z mercedesem. Ciekawe, jaki będzie efekt? fot. Andrzej Buczyński

Był jakiś projekt, który pan w połowie porzucił?
– Nie ma takiej opcji. Jak już coś zaczynam, to zawsze kończę. Nawet jakby okazał się złym pomysłem, to tak go przerobię, żeby w końcu wyszło dobrze. Ale nigdy się nie poddaję.

Wspomniał pan o swoich młodszych pomocnikach.
– Jeden ma 12, a drugi 16 lat. Od małego przywożę och do warsztatu, pokazuję, jak się odkręca śrubki. Teraz już w normalnym samochodzie, który przyjeżdża do mnie do warsztatu, sami potrafią wymienić lampę, błotnik, czy zderzak. W ten sposób mi pomagają, ale przy okazji i zarabiają. Uczą się pracy. Z dnia na dzień coraz bardziej im to się podobało. To wciąga. Jeden z nich ma motorynkę, którą sam sobie zrobił. Starszy nie może się doczekać, kiedy zrobi prawo jazdy. Dzwonią do mnie i mówią – wujek, już jesteśmy po szkole i nie mamy nic zadane, przyjedziesz po nas? Oni już mają motoryzacyjną pasję. Tak jak ojciec mnie tym zaraził, tak i ja ich zaraziłem.

Lubi pan swoją pracę?
– Do warsztatu wchodzę zawsze z uśmiechem na twarzy i mogę przesiadywać do późnych godzin. Z przyjemnością, a nie za karę. Każda przykręcona śrubka daje mi satysfakcję. Kiedy naprawiam komuś samochód, to cieszę się, że to robię. Przyjedzie golf IV na wymianę rozrządu to trzeba to zrobić, żeby zarobić. Nie ma co ukrywać, na te moje zabawki trzeba zarobić (śmiech).

Ale kiedyś zrobi pan swój ostatni samochód i przejdzie na emeryturę.
– Nie, chyba będę robił to do końca swoich dni. Nie odpuszczę, za bardzo to lubię, żeby to porzucić. To chyba rodzinne. Ojciec ma pod sześćdziesiątkę, a po warsztacie śmiga. Gdyby go zamknąć w domu, byłby koniec świata. I dla mnie też by był. Zamiast pilota od telewizora, wolę wziąć do ręki kątówkę, spawarkę i działać.

O trójkołowcu „Kołek” marzył od dawna. Teraz go sobie buduje. fot. Andrzej Buczyński