Coś się kończy, coś zaczyna

138

Czy ponad 5 milionów zakażeń koronawirusem na świecie to dużo? A czy przeszło 330 tysięcy zgonów to dużo? I tak, i nie. Skąd taka rozbieżność w ocenie?

Jeśli sami nie byliśmy zakażeni, nie zmagaliśmy się z chorobą, nie wyzdrowieliśmy, ani nie umarliśmy z tego powodu, to powyższe liczby są tylko statystyką. Jeśli nie dotyczy to nikogo z naszych bliskich, są to raczej tylko zmieniające się codziennie cyferki. Patrzymy na nie z zaciekawieniem, może czasem ze smutkiem, jednak bez większych emocji.

Z całą pewnością większą tragedię, niż 330 tysięcy zmarłych gdzieś tam na świecie, stanowi odejście jednej, bliskiej osoby. Taka jedna jest ważniejsza, niż miliony innych. Codziennie dotyka to wszystkich. Tylko nie wszystkich na raz.

Ludzie odchodzą w ciszy, w gronie najbliższych. Żegnani symbolicznie na cmentarzu przez rodzinę, przyjaciół, kolegów, znajomych. Czasem przez sąsiada, z którym się dobrze żyło.
Po pogrzebie wszyscy wracają do domów. I tak naprawdę, tylko najbliżsi będą przeżywać stratę jeszcze długi czas. Pozostali wracają do codzienności. Na drugi dzień idą do pracy, podlać kwiatki na działce, zrobić zakupy. Czasem myślami wrócą na chwilę do zmarłego, przypomni się jakiś wspólny moment. 1 listopada zapali się znicz na grobie. I tyle.
Bo życie toczy się dalej. Swoim równym, niepowstrzymanym trybem. Tak jest od zawsze
i zawsze tak będzie. Śmierć jest zjawiskiem tak samo naturalnym, jak narodziny. Nie pozostaje nic innego, jak tylko to zaakceptować. Czasem budzi się jedynie poczucie niesprawiedliwości.

Dlaczego tak szybko, tak niespodziewanie, dlaczego właśnie ona, czy on? Dlaczego nie ktoś inny, czy tak musiało być… Wszystkie te pytania tak naprawdę nie mają znaczenia w obliczu śmierci. Z nią nie ma negocjacji, nie można odwołać się do śmierci wyższej instancji. Koniec to koniec. Jednym łatwiej, a innym trudniej się z tym pogodzić.

A życie i tak toczy się dalej. Wstaje słońce, ptaki śpiewają, trawa rośnie. Praca, działka, zakupy, zabawa z dzieckiem, tankowanie auta, bieganie, spacer, jazda na rowerze, telefon do znajomego… I tak codziennie, każdego dnia.
Można jedynie odnieść mylne wrażenie, że świat się na chwilę zatrzymał. Tak jak zatrzymał się dla fryzjerów, którzy nie mogli pójść do pracy. Dla restauratorów, którzy nie mogli przyjąć i ugościć swoich klientów.

Dziś to powoli wraca do normalności. Wszedłem do baru, żeby coś zjeść. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Niby nic takiego, a było prawie że odświętnie. Pani za ladą radosnym głosem oświadczyła, że jestem jej pierwszym klientem po ponownym otwarciu lokalu. Wyraźnie była zadowolona z mojego przyjścia, podobnie jak ja. I sam smak potrawy, jakże znany przecież, a odkrywany niemalże na nowo. Ciekawe przeżycie.

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Już we wtorek udało mi się usiąść na fryzjerskim fotelu. Dziewięć i pół tygodnia to strasznie długo. Jaka ulga. Łeb już nie ciąży kilogramami zbędnych włosów. Niby nic, a jakże cieszy. Już miałem nawet powiedzieć mojej fryzjerce, że wprawdzie długo się nie widzieliśmy, ale nic się nie zmieniła. Nie powiedziałem. Za to czułem się trochę, jak pacjent podczas operacji, gdy ktoś w maseczce chirurgicznej pochylał się nade mną uzbrojony w ostre narzędzia. Konkretnie nożyczki. Trochę to dziwne, gdy nie można się uśmiechnąć do drugiego człowieka. Znaczy, można, ale efekt nie jest piorunujący.

Bo takie to jest właśnie powolne wracanie do codzienności. Jeszcze z ograniczeniami. Z rękawiczkami, maseczkami, zapachem sterylności i dezynfekcji. Ale jest. Pierwsze kroki. Zwyczajność nagle cieszy.

Przed lokalami pojawiły się ogródki. Starszy mężczyzna siedzi nad kawą. Po raz pierwszy od dawna nie musiał robić jej sobie sam. Młoda kobieta z dzieckiem przy innym stoliku. Dzieciak wyraźnie zadowolony zajada się lodami. Banalna scena. A jednak dziś to obrazek sprawiający radość. Podobnie jak przyroda budząca się wiosną do życia.

Nie zapominajcie o swoich fryzjerach. Pamiętajcie o swoich ulubionych knajpkach. O tych wszystkich, których dawno już nie odwiedzaliście. Oni tak samo czekali na was. Dziś nie jest im łatwo. Muszą odrabiać straty, bo nie mogli pracować. Teraz w trudniejszych warunkach. Bo jeszcze nie wszystko jest normalne. Nie przyjmą tylu klientów, co zawsze. Nie przyjmą nawet ani jednego, jeśli klienci się nie pojawią.

Szpital na Wyspie niedługo wznawia porody rodzinne. W tej ważnej chwili młode matki będą miały wsparcie kogoś bliskiego. Na to czekały. I życie toczy się dalej, a nawet zaczyna.

Andrzej Buczyński