Mówić, nie znaczy wiedzieć

113

Internet to genialny wynalazek. To okno na świat, na wiedzę, na innych ludzi – mądrych i głupich, ciekawych i dziwaków. Fenomen internetu polega między innymi na tym, że każdy może publikować co ślina na język, czyli zwyczajne pierdoły. Aż się prosi o discopolowy szlagier z refrenem – gdy ci smutno, gdy ci źle, włącz internet, rozbawi cię w kropeczki, o ho ho ho, szalalala…

Dziwne rymy? Nie dziwcie się. Przecież ważny jest tylko rytm, nie tekst. I głośno najlepiej, żeby lepiej się podrygiwało. W internecie jest podobnie.
Z reguły, im głośniej ktoś krzyczy, tym mniej ma do powiedzenia.

Rozbawił mnie ostatnio, prawie do łez, taki jeden miejscowy, wielokrotnie samozwańczy kandydat do czegokolwiek. Niczego w swym kandydowaniu dotąd nie osiągnął, ale cóż dziwnego, skoro ogarnięcie warunków, jakie trzeba spełnić, wykracza poza zwykłe, pożądane przede wszystkim, czytanie ze zrozumieniem.
I chwali się – będę świetny, bo w razie wojny zostanę dowódcą okopu. Klękajcie narody. Gwarancji jednak nie ma, że przy pierwszym bum, gacie Piaskowego Dziadka nie zrobią się brązowe. Ot, kompetencja.

Tak. Internet potrafi rozbawić. Media też. Tak zwany sezon ogórkowy – wakacyjny, sprawia że im większy dziwak, tym bardziej poczytny może być. Skoro rzeczywistych problemów i projektów rozwiązań chwilowo mniej, niech będzie wszystko, co się rusza.

Czasem warto wyjść z internetu do prawdziwego życia. Na przykład na spacer do parku. Już wcześniej zrobiona, wschodnia część żarskiego parku miejskiego przy Al. Jana Pawła II, od lat przyciąga amatorów nie tylko niedzielnych spacerków.
W tygodniu również. Teraz doszła druga część. Można tam spędzić wolny czas. Pobiegać nawet. Albo posiedzieć na ławce. Albo popływać łódkami w niedziele po zrobionym dopiero co stawie.

No i słyszałem niedawno opinię, że łódki w parku są bez sensu, bo to kosztuje, bo trzeba płacić pracownikom Miejskiego Ośrodka Sportu, Rekreacji i Wypoczynku za to, że wszystko to obsługują. Rzeczywiście błyskotliwa opinia kogoś, komu – jak sądzę – brak elementarnej wiedzy na temat funkcjonowania miasta i zaspokajania potrzeb jego mieszkańców. Weryfikacją tego poglądu niech będzie choćby to, że do łódek trzeba czekać w kolejce. Znaczy, mieszkańcom miasta podoba się taka nowa atrakcja. A jak się komuś nie podoba, może przecież iść pobawić się piaskiem.

Po co w ogóle komuś potrzebne jest miasto? Od początku, w dużym skrócie… Jest kilka domów. Ich mieszkańcy płacą podatki. Mają więc oczekiwania. Chcą drogi dojazdowej i z ich podatków taką drogę miasto buduje. Potem buduje strefę przemysłową, aby przyciągnąć inwestorów i dać nowe miejsca pracy. Kolejni pracujący to kolejne podatki. Buduje się z nich kolejne drogi, ścieżki rowerowe, chodniki. Przy nich powstają nowe domy dla mieszkańców. Miasto się rozwija. Więcej podatków. Na co je wydać? Buduje się zatem fontannę i sadzi kwiatki w parku. Żeby było ładnie. Potem basen, żeby mieszkańcy mieli gdzie spędzić wolny czas. Wszak nie samą pracą żyje człowiek. Co z tego, że do basenu trzeba dopłacać? Nie wszystko musi się finansować z biletów. Szczególnie baseny pod gołym niebem, uzależnione od pogody. Ale ten basen sprawi, że mieszkańcom będzie się tu podobać. Co więcej, przyjezdnym też. Bo po pracy będą mieli gdzie spędzić czas. Na przykład pójść sobie w niedzielę popływać łódką.

Takie rzeczy ściągają do miasta kolejnych mieszkańców, a przy okazji zatrzymują młodych ludzi. To, że w mieście jest sklep, nie oznacza od razu, że warto spędzić przy nim całe życie. Dziesięć sklepów to co innego. Sto – jeszcze lepiej. Kino, biblioteka, sala koncertowa. I łódki w niedzielę, które są kosztem ponoszonym przez miasto, aby było atrakcyjniejsze.
Ale jak może zrozumieć to ktoś, kto widział szambo wkopywane pod parkową toaletę? Tą podłączoną do kanalizacji. Tak, o dziwo, były takie przypadki. Nie takie cuda ludzie wypisują w internetach.

Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych elementów całej wielomilionowej inwestycji parkowej, pomijając nawet fakt wielomilionowego dofinansowania pozyskanego ze środków unijnych, jest odremontowanie ruiny zabudowań folwarcznych. Powstało ciekawe i wielofunkcyjne miejsce. W piątki na przykład są tam dmuchańce i inne atrakcje dla dzieci, łącznie z kinem.

W sierpniu rusza kolejna nowość. Targ śniadaniowy, na którym będzie można zaopatrzyć się w rozmaite lokalne produkty. Idealne miejsce dla nowego przedsięwzięcia, które już dziś przyciąga uwagę mieszkańców, jeszcze przed pierwszą edycją.

Miałem przyjemność rozmawiać z panią Martyną, która tryska energią i ma nadzieję na sukces tego projektu. Z takim podejściem, sukces murowany, a co najmniej – wielce prawdopodobny. To efekt chęci tworzenia czegoś nowego, zamiast narzekania na wszystko, co wokół. Na dzień dobry trzydziestu wystawców. Co dwa tygodnie następna impreza tematyczna. Smaki Łużyc, albo oferta lubuskich winiarzy. Sery, wędliny, chleby
i wyroby rzemieślnicze. A jeszcze dodatkowe atrakcje dla dzieci. To przykład kreatywności, akurat w tym wypadku na bazie parku. Na bazie parkowego obiektu, który powstał z niczego. Z ruin.

Targ śniadaniowy ma potencjał, może przyciągnąć ludzi. Może stanie się cyklicznym jarmarkiem, na który będą przyjeżdżać także zamiejscowi. Może też warto zastanowić się, jak wspierać i promować takie nowości, zamiast rzeczy, które się trochę przejadły.
Zdarza się, że ktoś, kto ogląda moje zdjęcia miasta, dziwi się, jakie ono jest ładne. Bo pewnych rzeczy nie zauważamy na co dzień. Bo do dobrego łatwo się przyzwyczaić.

Jakiś czas temu do Żar przyjechała kobieta z małym dzieckiem, mieszkająca na co dzień w wielkim mieście, w stolicy wielkiego, nowoczesnego kraju zachodniej Europy. I wiecie co? Była zachwycona, jakie piękne place zabaw są w Żarach. Ile jest miejsc, gdzie można spędzić czas z dzieciakiem. Tak moi drodzy. To o Żarach właśnie mowa. Tak widzą to miasto ludzie z zewnątrz.

Andrzej Buczyński