Zabytkowe problemy

390

Człowiek to czasem nie wie nawet, że po zabytkach chodzi. Depcze je wręcz, cały taki nieświadomy, łazi bez sensu, zamiast podziwiać. Wstyd się przyznać, ale sam tak robiłem. Zupełnie bez szacunku dla historii. Ale o tym za chwilę.

Byłem ostatnio na ciekawej wycieczce po żarskim kompleksie zamkowo-pałacowym, którą oprowadzał Ireneusz Brzeziński z urzędu miejskiego, zorganizowanej przez żarskie muzeum. Pomijając opowieści o historii i ciekawszych wydarzeniach związanych z tym obiektem, można było posłuchać o planach, jakie co do zamku mają urzędnicy. W tej sali będą organizowane koncerty i spotkania rozmaite. Tamte zajmie urząd stanu cywilnego. Tam z kolei będzie sala ślubów. Trzeba gdzieś zmieścić windę, z myślą o osobach niepełnosprawnych i mających trudności z poruszaniem się po schodach. Tam będą szatnie, tam toalety, a tam z kolei jakiś magazynek. Koncepcja jest, ale musi ją przyklepać Wojewódzki Konserwator Zabytków. Bez tego ani rusz. Jeśli na przykład nie byłoby zgody na windę, to sala ślubów praktycznie odpada. Nie można przecież pozbawiać babci możliwości zobaczenia na własne oczy, jak to wnusio postanowi sobie życie umeblować.
Ciekawym pomysłem jest też szklane zadaszenie zamkowego dziedzińca. Wtedy można w jednym z pomieszczeń na parterze zorganizować kawiarenkę, a stoliki postawić na dziedzińcu. Do kawy nie napada, a i wiatr nie będzie tam hulał, więc na ogrzewaniu też się zaoszczędzi. Ale, najpierw zgoda konserwatora.

To nie jest tak, że miasto ma zamek i może sobie już tam wpuścić chłopaków z betoniarką, żeby coś połatać sposobem gospodarczym. To nie stodoła, ani buda dla psa. To zabytek, bez wątpienia. A bez zgody konserwatora można tam sobie co najwyżej splunąć na podłogę bez żadnych konsekwencji. Byle niezbyt siarczyście, bo jeszcze zabytkową posadzkę wypali. Szkoda by było… karę zapłacić.

No to najpierw cała papierologia. Dokumenty, pozwolenia, zezwolenia i projekty. Kawał chałupy z tego zamku, więc jest co robić. Przygotowanie sterty papierów może trwać od roku do trzech lat nawet. Kompletna dokumentacja jest też potrzebna nie tylko do oszacowania kosztów, ale i ubiegania się o unijną kasę. Nie wystarczy napisać
w podaniu „poprosimy o pieniążki na remont”. To nie zadziała.

Cierpliwości zatem trzeba, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Takie prawo. A ile czasu potrwa remont, jak już się zacznie na dobre? To dopiero loteria. Ważne, żeby zacząć. Wtedy ten zabytek zacznie być atrakcyjny. Oby dożyć tego dnia, gdy już nie będzie tam nic więcej do zrobienia.

A tymczasem, jak się okazuje, na mapie żarskich zabytków mamy kolejną rzecz wartą uwagi.

Od kiedy pamiętam, zawsze denerwowała mnie wyboista kostka brukowa na Witosa w Żarach. Taki niedługi w sumie kawałek w pobliżu wiaduktu kolejowego. Asfalt, kostka i potem znowu asfalt. Na cholerę ta kostka? Dlaczego nikt tego do tej pory nie zalał asfaltem, żeby było równo, jak na sąsiednich ulicach i dalej na Witosa? Teraz wiem dlaczego. Bo to… zabytek. No szok. Toż to nic innego, jak tylko zwozić autokarami turystów z całej Europy, by podziwiali to cudo. Ten kunszt sztuki brukarskiej. Tak, mam na myśli bruk na Witosa, który nie będzie asfaltem pokryty, bo nie ma zgody konserwatora zabytków. Nawet minister się na to nie zgodził.

No to już Park Mużakowski wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO może czuć się zagrożony. W ogóle tam przestaną ludzie przyjeżdżać. Japończycy szybko zmienią punkt docelowy w nawigacjach swoich autokarów, jak się dowiedzą, że w Żarach taka perełka. Nikt nie zrobi sobie selfika na fejsbuczka z muralem, który powstanie na pobliskim wiadukcie. Każdy będzie chciał fotkę z brukiem na Witosa. Z zabytkowym brukiem, jak się okazało. Miasto powinno szybko wydać kilka różnych folderów na temat tej krzywo ułożonej kostki. Pasjonaci odkrywania śladów przeszłości już na to czekają. Może też ktoś książkę napisze „Kilka tysięcy kostek, które wstrząsnęły drogownictwem i zmieniły historię świata”.
A mnie ta kostka nadal będzie denerwować. Ale cóż. Są rzeczy na tym świecie, które nigdy by się nikomu nie przyśniły, a jednak są bardzo rzeczywiste. Nie rozumiem.

Andrzej Buczyński