Nie tylko książka…

124

Dzień kończy się w zasadzie około godziny 16:00, wiec wieczory są strasznie długie. Żadnych kulturalnych wydarzeń, spotkań w pachnącej kawiarence, biegów z okazji Mikołajek, czy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy takiej, jaką znamy od lat. Za tym tęsknię. Mikołajkowy bieg zorganizuję sobie sama, przy okazji wesprę kogoś, kto pomocy potrzebuje, bo od kilku lat, 6 grudnia, uczestniczyłam w biegach charytatywnych.
Taki to plan B na zaistniałą sytuację. „Policzę się z cukrzycą” podczas finału WOŚP, wrzucę do puszki i też sama to sobie zorganizuję. Będzie to dla mnie, z całą pewnością, mobilizacja do powrotu na leśne drogi, bo ostatnio niewiele biegam. A warto się dotlenić i wzmocnić odporność przy okazji.

Chciałoby się ponarzekać, bo to, co było naturalne i normalne kilka miesięcy temu, dziś jest niemożliwe. A przynajmniej w pełnej wersji nie do zrobienia. Taka mnie refleksja naszła dzisiaj, bo ten tydzień kończy się szóstego grudnia, wręcz idealnie dla mikołajkowych biegów. Smutno mi się troszkę zrobiło nawet.

Wracając jednak do długich wieczorów. W tym tygodniu napiszę o czymś, co niekoniecznie jest moją pasją i niekoniecznie Wam cokolwiek polecę, bo oglądania filmów nie uprawiam. W zasadzie mam taką przypadłość, że mogłabym oglądać ten sam wiele razy i za każdym odkrywam coś nowego. Wolę też gapić się w ekran bez stresu, więc uwielbiam komedie romantyczne. Takie śmieszne i wzruszające trochę. Jak już w ogóle włączę telewizor.
Ostatnio natknęłam się na „Dziennik Bridget Jones”. Kto oglądał, to wie i być może zgodzi się ze mną, że aktorzy tam genialnie odegrali swoje role. Zwłaszcza główna odtwórczyni, Renee Zellweger. Niedoskonałość absolutna. Aż miło popatrzeć.

Choć w czwartej części trudno ją rozpoznać, tak się porobiła. Szkoda. Bo brzydsza podobała mi się bardziej. Była po prostu… ładniejsza. Ale to akurat jest moje spostrzeżenie, inni nie muszą się z tym zgodzić. W najbliższy weekend część druga. Tam jeszcze jest naturalnie ładna, o ile pamiętam. Obejrzę, jeśli nie zapomnę.

W liceum miałam fantastyczną koleżankę. Była wówczas fanką kina. Orientowała się w tym temacie do tego stopnia, że czytając książkę, myślała o tym, którzy z aktorów najlepiej nadawaliby się do roli jej bohaterów. Po jakimś czasie, gdy film trafił do kin, leciała z językiem na brodzie do poczciwego kina Pionier i oglądała ich, utwierdzając się, że miała rację. Bo nieraz jej typ, był też typem reżysera.

Miłych wieczorów życzę. M.