Próbowali nie płakać… ze szczęścia

1000
fot. Jarosław Milczarek

Każdy ślub jest wyjątkowy. Ten jednak był niewątpliwie inny niż wszystkie. Arkadiusz i Agnieszka – mieszkańcy Jezior Dolnych w gminie Brody – powiedzieli sobie “Tak” w niezwykłej scenerii polskich Tatr i z nietypową oprawą.

Motocykliści kochają góry. Tego nie da się wytłumaczyć. To po prostu trzeba samemu przeżyć, aby móc zrozumieć. Radość z jazdy, ciągle zmieniająca się droga i zapierające dech w piersiach widoki sprawiają, że człowiek sam już nie wie, czy jechać, czy stanąć i napawać się pięknymi widokami. Takie dawki pozytywnych wrażeń sprawiają, że po prostu chce się żyć. A jeśli dodamy do tego ślub, ten jakże ważny moment w życiu, otrzymamy mieszankę emocji, która poruszy największego nawet twardziela. Podczas ślubu Agnieszki i Arkadiusza niejeden uronił łezkę.

Arkadiusz “Szajba” Pawlukowicz znany jest w motocyklowym środowisku od dawna. Motocykle, które buduje, zdobywały laury nie tylko na krajowych, ale i międzynarodowych konkursach. Czy można sobie wyobrazić, żeby ceremonia zaślubin odbyła się bez towarzystwa motocykli i motocyklistów? Tak też się stało, choć pomysłów było kilka. Była opcja ceremonii w urzędzie gminy w Brodach, ale akurat w Sylwestra urząd nie pracuje. Później jednak pojawił się pomysł gór i był to strzał w dziesiątkę.

– Znaleźliśmy urząd w Białym Dunajcu, a to akurat tylko 11 kilometrów od miejsca, w którym mieszkamy, odwiedzając Tatry regularnie, co roku, od 12 lat – mówi Arkadiusz Pawlukowicz. – Byłem miło zaskoczony, bo urzędniczka pozwoliła nam nawet wybrać miejsce, w którym miał się odbyć ślub, czy to w urzędzie, czy w plenerze.

Co ciekawe, pan Arek umówił się z urzędniczką w Boże Ciało, dzień wolny. Chciał jeszcze zerknąć na miejsce, w którym razem z Agnieszką mieli wziąć ślub już za dwa dni. Urzędniczka zgodziła się bez najmniejszego problemu, ale pod jednym warunkiem – nie wcześniej, niż po procesji. Przyszła w stroju góralskim. Wybrali miejsce. Na szczycie schodów prowadzących do urzędu. Było idealne.

– Gdy ją zobaczyłem w tym stroju, zapytałem, czy podczas ceremonii mogłyby być jakieś góralki w tych pięknych strojach – wspomina Arkadiusz Pawlukowicz. – Załatwiła. Aż się nie chce wierzyć, jak to wszystko można tam łatwo załatwić. Bez problemu. Mało tego. Znam w górach paru chłopaków, z którymi gdzieś tam mijaliśmy się na zakrętach. Skrzyknęli grupę i przyjechali na ślub. A że to ich tereny, poprowadzili nas swoimi trasami. Zakopianka to wiadomo, zakorkowana. Eskortowali nas i po drodze blokowali wszystkie skrzyżowania – dodaje. 

Zakopiankę też na chwilę zablokowali. Nowożeńcy mogli poczuć się rzeczywiście wyjątkowo. Nawet rządowe limuzyny nie mają takiej eskorty. Po drodze do urzędu zahaczyli o Gubałówkę. 

– Widoki były bajeczne, pogoda dopisała, to było po prostu obłędne – wspomina pan młody. – Moi goście, przyjaciele, którzy byli na ślubie też byli tym wszystkim zachwyceni.

Podczas ceremonii nałożyli sobie obrączki. Równie niezwykłe, jak całe wydarzenie. Zrobione na zamówienie, w formie obracających się na palcu motocyklowych opon. W tle słychać było muzykę Dżemu. Pod urzędem zrobiło się biało od dymu palonych gum. Zamiast ryżu, balonów, czy gołębi. Młodzi schodzili po schodach przez szpaler motocyklistów z uniesionymi kaskami…

– Wtedy już nie wytrzymałam, pękłam i się rozpłakałam, a tak się starałam powstrzymywać łzy – wspomina Agnieszka. 

W drodze powrotnej z urzędu zatrzymali się na polanie, z której był fantastyczny widok na całe Tatry. To wszystko sprawiło, że młodzi zaczęli tańczyć, choć tego w planach nie było. Taka to chwila, pod górskim niebem. Agnieszka i Arek w swoich weselnych strojach, czyli oczywiście w kombinezonach motocyklowych, zatańczyli na szczycie. Był to moment równie wzruszający, jak sam ślub.

– Jakoś samo wyszło, wiatr podniósł welon Agnieszki i tak mnie to ruszyło, a ja to raczej nie tancerz – wspomina z uśmiechem pan młody.

Wesele też inne niż zazwyczaj. Pod namiotami, w plenerze, z widokiem na góry. Na pytanie, czy gdyby można było to zorganizować jeszcze raz, coś zmienić, coś zrobić inaczej, państwo młodzi zgodnie odpowiadają, że niczego by nie zmienili, że wyszło idealnie i nawet się nie spodziewali, że będzie aż tak pięknie.

Za nimi niezwykła uroczystość, pełna wzruszeń. Dla nich najważniejsza. Dla nich to był ślub marzeń. Przed nimi reszta życia z malutką dziś córką Marysią, w domu przy którym zawsze pełno jest motocykli. I szczęścia.

Andrzej Buczyński