Pierdolamento…

510

Tak. Jest takie słowo. Język polski cały czas żyje, ewoluuje. Nawet jeśli coś oficjalnie nie zagościło jeszcze na kartach słownika języka polskiego, nie oznacza wcale, że nie stanie się to za jakiś czas.

Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć znaczenia tego słowa. Jest melodyjne i dosadne w swej trzynastoliterowej prostocie. To pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy czytam głupoty i internetowe lamentowanie nad tym, jaki świat jest niefajny. To styl życia niektórych. To setki nieudolnych prób udowodniania, jak to wszystko wokół jest kiepskie, zazwyczaj z pewną, niejednokrotnie nieuzasadnioną dawką samozachwytu pierdolamenciarza.

Ale moda na narzekanie, tak dla zasady, chyba już mija. Ludzie generalnie wolą jak jest dobrze. Lubią rzeczy pozytywne. Ma to odzwierciedlenie chociażby na portalach społecznościowych, gdzie dezaprobata dla krytykanctwa akcentowana jest coraz silniej. Zauważyłem ostatnio to ciekawe zjawisko. Ludzie coraz bardziej nabierają odwagi, aby coś pochwalić. Co więcej, sami zwracają uwagę pierdolamenciarzom, że nie wszystko jest takie czarne, że im akurat coś się podoba.

Bezsensowna batalia o propagowanie czarnowidztwa zaczyna trafiać na odpór. Choć jak wiadomo, z debilem dyskusja ma taki sam sens, jak podlewanie ogródka konewką podczas ulewy.

W niedzielę poszedłem zobaczyć sobie, jak to ludziska łódkami pływają po parkowym stawie. Moja sąsiadka opowiadała, że jeszcze z dziecięcych czasów pamięta, jak łódki po parku pływały. Tak więc, po latach, znów. Miałem nawet zamiar przepłynąć się trochę. Nostalgicznie. Ostatni raz wiosłowałem po mazurskich kanałach już ponad ćwierć wieku temu. Ale nie chciałem blokować atrakcji dzieciakom, które wraz z dziadkami i rodzicami ustawiały się w kolejce. Mogę poczekać. Łódki przecież są co niedzielę.

Przy okazji rzuciłem okiem na nową część parku leżącą na południe od stawu. Jeden wielki uschnięty bałagan. To ta cudowna, tak zachwalana swego czasu „kwietna łąka”. Teraz niech wszyscy zwolennicy niekoszenia trawy w parku idą sobie tam porobić selfiki na swojego fejsbuczka.

W pięknych okolicznościach przyrody, o którą tak walczyli. Można potem takie zdjęcie podpisać romantycznie – ja w suchej trawie. O taką trawę walczyłam. Podziękujcie mi, mieszkańcy Żar, za tą przecudowną dziką przyrodę.

A tymczasem obok mamy piękną, zieloną trawkę. Jak na park przystało. Nie trzeba było zbyt wybujałej wyobraźni, aby przewidzieć, że kwietna łąka skończy tragicznie. Tak się dzieje od lat. Wprowadzanie tego na siłę, tylko dla jakiejś tam zielonej ideologii, skutkuje jedynie dramatycznym zaburzeniem doznań estetycznych.

A wewnętrzny głos krzyczy na całe gardło: „co to za syf!”. Jednak dobrze się stało, że przeprowadzono w Żarach eksperyment z kwietnymi łąkami. Teraz jasno widać i wątpliwości żadnych nie ma, że miejsce łąki jest na łące, a nie w parku.

Kończy się na szczęście pierdolamento przedwyborcze. Znaczy, kampania. Z internetu wylewają się strumieniami, a nawet rwącymi górskimi rzekami, wszystkie możliwe negatywne emocje. Za chwilę będzie można odetchnąć. A swoją drogą, ciekawe, jak wyglądałaby kampania wyborcza, każda, nie tylko prezydencka, gdyby wprowadzić ustawowy zakaz mówienia źle o kandydatach. Gdyby można było tylko zachęcać do głosowania programem, planami, osobowością i dokonaniami. Przecież powinniśmy wybrać to, co naszym zdaniem jest lepsze, a nie to, bo tamto jest gorsze. Czego byśmy nie wybrali w niedzielę, zrobi się trochę spokojniej internecie, tylko pierdolamenciarze mogą poczuć się nieswojo. Zaczną może dostrzegać jaśniejsze strony życia?

Andrzej Buczyński

Kwietna łąka w zestawieniu z koszonym trawnikiem w parku przy Alei Jana Pawła II. fot. Andrzej Buczyński
Kwietna łąka przy ul. Szymanowskiego. fot. Andrzej Buczyński