Nie tylko książka…

82

Trzydzieści odcinków o książkach i kulturze napisałam. Pora zejść z fotela i pobiegać. Bo gdy człowiek ma pasje, to się nie nudzi. A gdy jeszcze jest ich kilka, to zupełnie brakuje czasu na wszystko. I niewątpliwie mam niekiedy dylemat. Ale nie o moich wyborach chcę dziś opowiedzieć, a o bieganiu. Nie da się ukryć, że biegających przybyło przez ostatnie lata. Ten sport stał się po prostu modny. Zdarza mi się zobaczyć koleżanki z liceum, które na zajęciach wychowania fizycznego nie zaszczyciły bieżni przez okrągłe cztery lata, a teraz biegają. Nie wiem na ile sport nagle stał się ich hobby, a na ile uległy obecnym trendom… i w sumie zupełnie mnie to nie interesuje. Moda na bieganie jest fajna. Czy zdrowa? Na to nie odpowiem, bo się nie znam. Mogę jednak napisać, jak to u mnie się zaczęło i dlaczego. Kto ciekaw czyta dalej, a kto nie, przewraca gazetę na następną stronę.

Odkąd sięgam pamięcią, a trochę już na tym świecie jestem, byłam aktywna fizycznie. W szkole podstawowej i średniej chętnie uczestniczyłam na lekcjach wychowania fizycznego, nawet załapałam się do drużyny piłki ręcznej. Z niezbyt wielkimi sukcesami, ale garnęłam się do sportu. W domu też robiłam gimnastykę. Nie z żadną trenerką wirtualną, bo za moich czasów takich udogodnień nie było. Gdy zaczęłam studiować i pracować przerzuciłam się na wizyty w siłowni. Po urodzeniu dziecka trenowałam w domu z płytami CD. Tak jak mówiłam, sport był i jest częścią mojej osobowości.

Pomysł żeby rozpocząć bieganie pojawił się zimą w 2016 roku. Zawsze byłam okazem zdrowia, nie chorowałam w dzieciństwie, ani później. Dopiero urodzenie dziecka sprawiło, że straciłam dawną odporność. W sezonie wirusowo-grypowym leżałam w łóżku z gorączką, bólem gardła, mięśni i katarem po pachy. Natrafiłam na artykuł o tym, że bieganie wzmacnia odporność. Biegacze rzadziej chorują. Do wszelkich publikacji mam sceptyczne podejście. Zresztą, uważam, że każdy ludzki organizm reaguje inaczej, więc generalizować mądrości na ten, czy inny temat, nie ma sensu. Trzeba było sprawdzić na sobie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Mój pierwszy wybieg mierzył 3,5 km w temperaturze -5 stopni. Fajnie. Dałam radę. Porządnie się spociłam, bo ubrałam się za grubo. Wtedy jeszcze nie miałam o niczym pojęcia. I tak zaczęłam systematycznie uprawiać ten sport.
I od tego momentu moje przeziębienie trwa najwyżej jeden dzień i przechodzę je dużo łagodniej, niż kiedyś.

Pewnie, że kontuzje są. Pewnie, że mi się często nie chce. Czasem nawet robię sobie przerwy w bieganiu. Ale nie porzuciłam jeszcze tego sportu na zawsze. Choć pandemia pozbawiła mnie cosobotnich parkrunów, które były dla mnie gwarancją systematyczności, ja wciąż pamiętam, że trzeba dbać o wzmocnienie odporności. I ubieram dres, aby zrobić piątkę w lesie. Nawet gdy strasznie mi się nie chce… M.

fot. Andrzej Buczyński