Mały wielki olimpiczyk

0
1359
reklama

Z Andrzejem Greniem, niepełnosprawnym medalistą olimpijskim, wielokrotnym mistrzem Polski, Europy i Świata w wyciskaniu sztangi leżąc, rozmawia Andrzej Buczyński.

Na żarskim Rynku pojawiła się Pana gwiazda, tuż obok wybitnych sportowców – Tadeusza Ślusarskiego i Józefa Tracza.

– Tadeusza osobiście znałem, Józka też znam i zaliczam do grona moich przyjaciół. Jest mi tym bardziej miło, że spotkało mnie takie wyróżnienie.

Jak traktowany jest sport osób niepełnosprawnych?

– Niegdyś patrzyło się w ten sposób, że olimpijczyk i paraolimpijczyk, to było coś innego. To jakby powielanie oryginału. Z czasem jednak ludzie zaczęli rozumieć to, że nie jest takie ważne, że olimpijczyk jest niepełnosprawny. Przecież nawet hymn narodowy dla wszystkich zwycięzców grany jest taki sam. Teraz już nawet nagrody czy odznaczenia dla wszystkich są podobne.

Kiedy to się zmieniło?

– Dało się to odczuć na Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich w 1992 roku w Barcelonie. Oprawa, organizacja i doping kibiców był wręcz niewyobrażalny. Podobnie było też w Londynie. Teraz różnic jest coraz mniej, a nawet sportowcy niepełnosprawni współzawodniczą ze zdrowymi, jak na przykład tenisistka stołowa Natalka Partyka. To bardzo pozytywne.

Czyli najważniejsze są przede wszystkim wyniki sportowe?

– Przykro powiedzieć, ale wyniki ukierunkowane są teraz pod względem finansowym. Za dobry wynik i medal są duże gratyfikacje pieniężne. Z tym się wiążą sponsorzy i wszystko co za tym idzie. Przez to niestety zaczęto używać niedozwolonych środków. Doping zniszczył podstawę wartości sportu. Niektórzy zrobią wszystko dla pieniędzy i sławy.

Pana osiągnięcia również zasługują na sławę.

– Jakoś dzięki Bogu nigdy mi to do głowy nie uderzyło. Nawet jak miałem coś powiedzieć do mikrofonu, czy przed kamerą, to wolałem tego unikać. Ciężko się chwalić czymś, ale miło, jak ktoś z boku dobrze mówi o człowieku.

Mistrz, chociaż niepełnosprawny, jest jednak mistrzem.

– Takie rzeczy, jak pewne ułomności, nie są najważniejsze. Ważniejsze jest to, że jak człowiek coś robi, dąży do czegoś i osiąga wymierny wynik, to daje wymierny wynik życia. Jeśli robi się coś z pasją i zacięciem, a przy okazji uzyska się po drodze pomocną dłoń, to zrobi się to lepiej i szybciej. Ciężko pracowałem na to, żeby się utrzymać w formie. Nie było łatwo, bo była też szkoła, i rodzina, i praca.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda ze sportami siłowymi?

– To było w latach siedemdziesiątych, po wypadku samochodowym. Jako zdrowy, młody chłopak, nie interesowałem się tym. Uprawiałem, akrobatykę, próbowałem zapasów, boksu, judo, piłki nożnej. Ograniczył mi to wypadek, którego wynikiem była amputacja nogi. W szkole zawodowej dla osób niepełnosprawnych, w której uczyłem się na elektromechanika, co roku organizowane były turnieje na dzień wagarowicza. Była tam sekcja podnoszenia ciężarów. Wziąłem udział w mini turnieju i okazało się, że pomimo niskiego wzrostu i niewielkiej wagi uzyskałem całkiem dobry wynik. Potem poszedłem na zajęcia i tak to się zaczęło.

To w rezultacie był pierwszy krok do olimpiady?

– Zaczęły się pierwsze medale, mistrzostwa i tak przez około 25 lat uprawiałem ten sport. Najczęściej startując w granicach kategorii wagowej 52. kilogramów uzyskałem rekord życiowy podnosząc 157 kilogramów. Karierę zakończyłem na moich ostatnich Mistrzostwach Polski we Wrocławiu, zdobywając mistrzostwo. Przekazałem pałeczkę młodszemu pokoleniu. Bo trochę zdrowia na stare lata trzeba było zostawić.

W sporcie zdobył Pan wszystko, co było możliwe.

– Pod tym względem na pewno się spełniłem. Były oczywiście wzloty i upadki. Na własnej skórze poczułem, co to jest przegrana na własne życzenie na Mistrzostwach Świata w Szwecji. Mając pewny srebrny medal poszedłem na wyższy wynik, ale się nie udało. Długo to we mnie siedziało i byłem zły na samego siebie.

Gdzie Pan trenował?

– W Żarach nie było takiej sekcji. Szukałem i znalazłem miejsce na Syrenie. Trener zapaśników Marek Cieślak pozwolił mi tam trenować na atlasie. Zielonogórski klub Start podesłał mi ławę z kompletem gryfów. Pracując w „Przodowniku” sam zrobiłem sobie sprzęt do treningów i przez jakiś czas ćwiczyłem tam w kotłowni. Ale przez pylenie było to szkodliwe, nawet mówiono, że ten to się koksuje. Potem trenowałem na warsztacie, w pustym pomieszczeniu.

Jak wyglądały przygotowania do olimpiady?

– Jeździliśmy na zgrupowania, najczęściej do Wisły. Różniły się one od tego, co jest dzisiaj. Teraz każdy sportowiec ma psychologa, a kiedyś tego nie było. Teraz są super odżywki, a my dostawaliśmy witaminy B, C, K i to była nasza odżywka. W ciężarach trzeba być non stop na obrotach i musiałem o to zadbać sam. Znam wiele osób, które robiły sobie siłownie w komórkach. Dawało to nawet konkretne wyniki i zadowolenie tych ludzi.

Teraz jest już inaczej.

– Zaczął się handel odżywkami. Jeśli gdzieś można na czymś zarobić, to na pewno ktoś z tego skorzysta. Skończył się „fair play”. Próbuje się to wskrzeszać, aczkolwiek kiedy wszystko kręci się wokół pieniądza, to tego się nie da zrobić. Sport już jest poza zasięgiem takich typowych wartości – czystej moralności i radości wygrywania. Sportowcy zaczęli oczekiwać profitów. W moim odczuciu jest to nie w porządku względem samego siebie. Kiedy widzę jak ktoś wygrywa, to jest mi jakoś żal tego pokonanego. Jeden z antycznych mędrców po igrzyskach olimpijskich zobaczył cieszącego się medalistę. Podszedł do niego i zapytał, z czego się cieszy. On odpowiedział, że ze zwycięstwa. A dlaczego wygrałeś? – spytał mędrzec. Bo byłem najlepszy. Czyli tamci byli słabsi? Tak – potwierdził zwycięzca. No to z czego się durniu cieszysz?

Ale radość ze zwycięstwa jednak zawsze jest?

– Tak, pierwszy odruch to ręce wzniesione w górę. Kiedy grają hymn narodowy, to jest ogromne wzruszenie. Tego co przeżyłem na mojej pierwszej paraolimpiadzie, nie da się słowami opisać.

Startując w różnych zawodach odwiedził Pan wiele miejsc.

– Człowiek żył trochę stłamszony w kraju, w którym życie nie było idealne. Zobaczyłem trochę świata i to mobilizowało do osiągania coraz lepszych wyników. Była Barcelona, Atlanta, Sydney, Ateny, Emiraty Arabskie, Kuala Lumpur, Portugalia, Litwa i wiele innych. W Australii byłem jedynym Europejczykiem w najmocniejszej grupie zawodników. Gdyby nie sport, nie mógłbym sobie na takie wyjazdy pozwolić.

Kończąc karierę sportową nie brakowało Panu czegoś?

– Z początku tak. Zgrupowań, tej adrenaliny, przygotowań i wyjazdów, takiego sportowego życia.

Nadal Pan ćwiczy?

– Teraz już nie, czasem tylko jakieś pompki, ale ciągle jestem w formie, nigdy na to nie narzekałem. Czasem coś dolega, ale samo przyszło – samo pójdzie, byle naprzód. Nie pamiętam o swoim wieku.

Pracuje Pan teraz w Dziennym Domu Wsparcia.

– Porobiłem sobie różne kursy i szkoły, żeby umysłowo się wzbogacić. Im mózg intensywniej pracuje, tym człowiek później się starzeje. Mam kurs instruktora terapii ruchowo-zajęciowej dla osób starszych i niepełnosprawnych. Zabawa z nimi jest fajna, bo to są wspaniali ludzie. A do ludzi zawsze mnie ciągnęło.

ATB