Zorza nad Promieniem

636
Zorza Ochla 4:2 Promień Żary. fot. Małgorzata Fudali Hakman

PIŁKA NOŻNA | Na ten pojedynek między dwoma czołowymi drużynami w tabeli okręgówki wszyscy ostrzyli sobie zęby. Pompowanie balonika było bardzo intensywne po dwóch stronach barykady i wydawało się, że już dawno przekroczył on rozmiary zwykłej zabawki z gumy. Miało się wrażenie, że przybrał on wielkość Zeppelina. A jak skończył sławny sterowiec Hindenburg – wszyscy wiedzą. Czy mecz między Promieniem i Zorzą Ochla także miał się skończyć katastrofą dla jednego z rywali do fotela lidera? Z pewnością tak.

Początek spotkania nie pozostawił złudzeń gospodarzom. Promień przyjechał do Ochli po zwycięstwo i żaden inny rezultat nie wchodził w grę. Od początku podopieczni Łukasza Czyżyka wsiedli na miejscowych, niczym kowboje na swoje rumaki i widać było, że żadne „O(c)hajo” nie jest im straszne. Wysoki pressing i dominacja w środku pola spowodowały, że wycofani na maksa miejscowi, zupełnie się pogubili. Respekt jaki czuli przed Promieniem, jakby sparaliżował im nie tylko wszystkie dostępne kończyny, ale także to, co noszą pod włosami(przynajmniej niektórzy). Przykładem tego był faul bramkarza na wychodzącym na czystą pozycję Marku Wolaku. Kacper Głowacki, widząc żarskiego napastnika przed sobą, wybiegł z bramki poza pole karne i nawet nie próbował trafić w piłkę. Pięknym, koszącym równo z trawą, wślizgiem ściął go na wysokości piszczeli. Samotna, przez nikogo nie niepokojona piłka, oddaliła się za końcową linię. Sędzia zawodów, Sebastian Chudy, w asyście zawodników gości, bo gospodarze oddalili się na bezpieczną odległość, a golkiper nawet nie patrzył w stronę arbitra, sięgnął do kieszeni. Trybuny zamarły, wiedząc co za chwilę ujrzą, więc kiedy sędzia przywołał winowajcę i pokazał mu żółtą (!) kartkę, wszystkich na moment zamurowało. Żaranie domagali się ukarania bramkarza czerwona kartką, ale arbiter okazał się nieugięty. To był, tak naprawdę, chyba jedyny większy błąd trójki sędziowskiej w tym meczu, który być może mógł zmienić losy tego spotkania, ale tego nie zrobił.

Arbuzik na nodze
Ta sytuacja podziała na przyjezdnych jak czerwona płachta na byka. Marek Wolak, mimo guza wielkości małego arbuza, zacisnął zęby i biegał jak rączy jeleń między myśliwymi polującymi na jego nogi. Ten jego galoping był na to na tyle skuteczny, że 15 minut później zdobył gola, strzelając w długi róg bramki. Napór Promienia wcale nie zelżał. Wręcz przeciwnie w grę ofensywną zaangażowała się prawie cała drużyna, oprócz Manuela Kowalskiego, który też pewnie by sobie pohasał w polu karnym przeciwnika niczym Jorge Campos, ale ktoś musiał stać po drugiej stronie, choćby dla równowagi. Na szczęście jego koledzy świetnie sobie poradzili i znów niezmordowany „Wally” wbiegł w pole karne, wychodząc sam na sam z golkiperem, który nie zaryzykował już starcia z napastnikiem z Żar i stał jak przyklejony do linii w bramce. Tym razem wyręczył go kolega z drużyny, który w zapaśniczym chwycie przewrócił filigranowego piłkarza. Sędzia bez wahania wskazał na wapno, czy tam olejną (czy czym tam malują teraz linie i kropki). Poszkodowany, niczym Anna Maria Wesołowska, sam wymierzył sprawiedliwość, pakując bez sentymentów piłkę do siatki. W 35. minucie pretendent do awansu prowadził z Zorzą 2:0 i był drużyną, która rządzi dzieli na murawie. Do czasu.

Gramy swoje
Taki wynik musiał zmusić do działania trenera gospodarzy Michała Grzelczyka, który znany jest przecież ze swoich wysublimowanych planów taktycznych. Szkoleniowiec popatrzył tylko głęboko w oczy swoim zawodnikom i rzucił cicho dwa słowa: Gramy swoje. Co może nie było zbyt wysublimowane, ale za to skuteczne, bo od tego momentu jego piłkarze przypomnieli sobie, że w gałę haratać potrafią. Otrząsnęli się po dwóch mocnych ciosach i rzucili się do ataku. Wystarczyło im 5 minut, żeby rozbujać swoje rumaki, które do tego momentu były raczej konikami na biegunach. Popędzili w stronę bramki gości, jakby gonili ich Apacze i zaczęli jakiś szamański taniec na polu karnym Promienia. Może to nie był taniec deszczu, jednak okazał się na tyle skuteczny, że wywalczyli rzut karny, który na bramkę zamienił Rafał Jaszkiewicz. Zaraz potem obie drużyny zeszły do szatni.

Zostali w szatni
Jednak, po przerwie, na boisko wrócił tylko jeden zespół. Jeźdźcy apokalipsy „Jurgena” zgotowali swoim rywalom prawdziwe piekło. Demonstrując zasadę: a po nas choćby potop, zaczęli odkrywać to, co im kazano schować.

Już w 50. minucie zaaplikowali przyjezdnym, będącym głowami w szatni, szybkiego gola na remis, a zrobił to bardzo dobrze grający w tym dniu Łukasz Janus. Piłkarze Promienia
z lekkim niedowierzaniem i konsternacją patrzyli na to, jak pewne trzy punkty wymykają im się, jak niegrzeczne dziecko do pubu na piwo.

W myśl starej prawdy siatkarskiej, jak się nie wygrywa 3:0 to się przegrywa 2:3. Niestety 15 minut później ta znana maksyma się sprawdziła. Po szybkiej kontrze Tomasz „ Błyskawica” Wasilewski wpakował głowa piłkę do siatki, udowadniając, że alzheimer się go nie ima i nadal pamięta, co trzeba zrobić z tym białym, kulistym przedmiotem będąc sama na sam z bramkarzem. Prawdziwa euforia zapanowała na krzesełkach ogrodowych i ławkach przy ogrodzeniu cmentarza. Radość kibiców była ogromna, a hałas tak wielki, że niektórzy oglądali się z trwogą za plecy, czy czasami rezydenci za murem nie pobudzili się i nie rzucają zapalonymi zniczami, co też miałoby swój urok. Na niektórych stadionach rzucają racami a tam bawią się w inny, bardziej oryginalny sposób. Ot taki koloryt. Co prawda po tej bramce podopieczni Łukasza Czyżyka próbowali wyrównać i ambitnie podjęli rzuconą rękawicę. Zaryzykowali i rzucili wszystkie strzelby do ataku. Kuba Nowak trafił w poprzeczkę, a Krzysiek Wiliński z wolnego w słupek. Gdyby to wpadło, to być może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. „Być może”, w tym przypadku zostało dla żaran tylko nazwą perfum z PRL-u. Gospodarze znów się cofnęli i pilnowali wyniku. Zmiany jakich dokonał szkoleniowiec przyjezdnych nie przyniosły efektu. Mimo, że w akcje ofensywne znów zaangażował się cały zespół, zostawiając „Manu” na pastwę kontry, żaranie nie potrafili wyrównać. Zorza bardzo umiejętnie się broniła i czekała na odpowiedni moment. I się doczekała. W doliczonym czasie Oskar Blinkiewicz wyłuskał piłkę spod nóg pomocnika gości i pobiegł z futbolówką w stronę pola karnego Promienia, jakby go goniło stado szerszeni. Okiwał bramkarza i strzelił do pustaka, czym wbił gwóźdź do trumny gości, co w takim sąsiedztwie wydawało się całkiem naturalne. Zorza zgasiła w drugiej połowie Promień, bez żadnych problemów wygrywając 4:2. Po tym pojedynku zespół z Ochli rozparł się wygodnie, bo samodzielnie, w fotelu lidera rozgrywek klasy okręgowej.

Małgorzata Fudali Hakman