Nie tylko książka…

119

I życie toczy się dalej… mimo, że przemija wszystko i zamyka się różne rozdziały w życiu. Te kulturalne też. Pozostają wspomnienia. I one dzielą się na dobre i złe. Choć optymiści potrafią spojrzeć na wszystko tylko łaskawym okiem. Nawet gdy coś lub ktoś ewidentnie nie zasługuje na zapisanie się na karcie historii po stronie dobrych wspomnień. U mnie z tym różnie, bo jakoś tak kłamać samej sobie nie umiem. Jak mawiała Maria Czubaszek, jeśli ktoś za życia nie był dobry, to co ma śmierć do zmiany jego osobowości…?

Życie można nazwać księgą, w której każdy z nas zapisuje kolejne dni swojej egzystencji na ziemi. I nie ma co się oszukiwać, że będą to tylko chwalebne losy. Bo tak nie ma nikt na świecie, że jest wyłącznie chodzącą dobrocią i wzorem cnót wszelakich. I nie ma co się tego wstydzić. Jesteśmy zaprogramowani na podążanie za szczęściem, radością i miłością. I nikomu nic do tego.

Rozpisałam się we wstępie zbyt bardzo, ale to tylko dlatego, że o Zbyszku Zamachowskim i jego recitalu w Żarach chciałam wspomnieć w tym tygodniu. Czterdzieści lat pracy artystycznej, a ja dopiero całkiem niedawno dowiedziałam się, że on śpiewa i pisze teksty. Z ogromny zaciekawieniem kupiłam bilet i zasiadłam w pierwszym rzędzie żarskiej Luny, aby dobrze go widzieć. Bo przecież nie jest zbyt wysoki. Towarzyszył mu znakomity kompozytor i pianista Roman Hudaszek. Gapiłam się na niego i ciekawa byłam tego, jak zagra i co powie pomiędzy śpiewającym Zbyszkiem Zamachowskim. Bardzo sympatyczny pan. Z uśmiechem na twarzy wspominam jego niebanalną urodę i gesty. Główny artysta sceny też niebywale przyjazny, skromny, szanujący publiczność. Śpiewał, grał na różnych instrumentach, opowiadał ciekawe historie z życia aktorskiego. O jego życiu prywatnym pisać nie będę, bo jak wspomniałam, to tylko jego sprawa. Jest szczęśliwym, spełnionym człowiekiem, co dało się odczuć patrząc i słuchając go podczas występu. Półtorej godziny w kulturalnym klimacie. Lubię poczuć się luksusowo. Bo niewątpliwie przyjazd do Żar aktora takiego formatu, to wydarzenie niecodzienne i żal nie skorzystać. Choć trzeba zaznaczyć, że bilety nie były atrakcyjne cenowo, co oznacza, że… były drogie. Zwyczajowo, po wyjściu z teatru, z koncertu, recitalu, kabaretu, kalkuluję w głowie, czy cena biletu była adekwatna do tego, jak mi się podobało. Uważam, że było za drogo, dlatego Luna nie była wypełniona po brzegi, pomijając reżim sanitarny. I żeby nie było, bardzo mi się podobało, ale gdyby bilet był tańszy, podobałoby mi się jeszcze bardziej. Ale to już jest zamknięty rozdział. M.

fot. Andrzej Buczyński