Organy w kościele farnym po renowacji. Teraz czas na festiwal?

131
fot. Andrzej Buczyński

ŻARY | Z Arkadiuszem Popławskim, znanym muzykiem kościelnym i koncertowym, o organach w żarskim kościele farnym rozmawia Andrzej Buczyński.

W jaki sposób trafił pan do Żar?
– Pewnego razu odwiedził księdza proboszcza jego kolega, proboszcz, który pochodzi z Jasienia, a jest w tej chwili proboszczem w Niedźwiedzicy za Nowym Dworem Gdańskim. Rozmawiali o planowanym remoncie żarskich organów. Firmy, które się tym zajmują, często mają odległe terminy, a proboszcz chciał tę sprawę zrealizować w miarę szybko. Proboszcz z Niedźwiedzicy polecił mnie. Kiedy siedzieli razem przy kawie, zaraz wykonali do mnie telefon i tak to wyszło, że znalazłem się w Żarach.

Ile czasu zajął panu remont organów w farze?
– Zacząłem po szóstym listopada i tak do końca lutego, czyli cztery miesiące.
W takim dużym instrumencie pięćdziesięciogłosowym trzeba ze sobą zestroić kilka tysięcy piszczałek, nawet pięć tysięcy, z których największe mają pięć metrów długości, a najmniejsze są wielkości długopisu, czy nawet wkładu do długopisu.

Jakie były pana pierwsze wrażenia, gdy oglądał pan żarskie organy?
– Przede wszystkim instrument był bardzo zanieczyszczony. Organy można porównać ze strychem lub piwnicą. To miejsce, w którym nie przebywa się systematycznie, ale gromadzi się tam kurz i bród. Dobrze zaglądać tam co roku, a na pewno trzeba go generalnie wyczyścić przynajmniej raz na 10-20 lat. Ten instrument stoi tu od 1984 roku i prawdopodobnie nigdy nie przeszedł takiego gruntownego remontu. Trzeba to było w końcu zrobić. Zanieczyszczona piszczałka wydaje inny dźwięk, zanieczyszczone mechanizmy też źle działają, a mogą nawet w ogóle nie działać. Do tego dochodzi uszczelnianie elementów skórzanych na miechach i kanałach przenoszących powietrze do piszczałek, naprawa, regulacja i tak dalej. Zastaliśmy tu instrument, który tak naprawdę nie powinien być już używany. Jego stan i rozstrój był taki, że nie nadawał się do gry. Żaden z głosów nie stroił dobrze, a wiele z nich w ogóle nie działało. Podziwiam organistów, panią Krysię i pana Janka, że mieli na tyle cierpliwości, aby jeszcze męczyć się na tym instrumencie. Bo tak to trzeba nazwać.

Organy pojawiły się w tym kościele w 1984 roku. Co można o nich powiedzieć?
– Jeżeli chodzi o konstrukcję tego instrumentu, to czasem żartuję, że jest w nim zawarta cała organologia. Organy mogą mieć różne systemy sterowania – albo mechaniczny, albo pneumatyczny, albo elektryczny. Tu jest wszystko razem. Mamy do czynienia ze starym, XIX-wiecznym instrumentem, który miał sterowanie mechaniczne. Firma braci Broszków zaadaptowała go i rozbudowała. Pojawiło się więc sterowanie pneumatyczne i elektryczne. Teraz działa to wszystko razem. Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku to czasy, gdzie dostęp do materiałów był nieco ograniczony i wykonywało się niektóre elementy z tego, co akurat było dostępne. To były ciężkie czasy dla organów. Dziś nie ma problemu z odpowiednimi materiałami i można wykonać to w sposób profesjonalny. Możemy więc poprawiać i ulepszać te instrumenty. Niektóre elementy, odpowiedzialne za przesył powietrza, zrobiono z mniej trwałych materiałów, które się wypaczyły, a co za tym idzie – po latach pneumatyka nie działała tak, jak powinna. Bez remontu, a nawet wykonania od nowa pewnych elementów, te organy nie miałyby prawa działać prawidłowo.

fot. Andrzej Buczyński

Zatem organy żarskie są takim składakiem. Nie zbudowano ich od początku do końca za jednym zamachem.
– Dokładnie tak. Dziś już nie stosuje się takich praktyk, ale wcześniej – praktycznie zawsze. Dziś mamy inne podejście do instrumentów, szczególnie zabytkowych. Raczej pilnuje się tego, aby instrument zachować w oryginalnym stanie. Nawet jak coś wymaga rekonstrukcji, to żeby to było wierne odtworzenie danego elementu. Są to wymogi konserwatorskie, których pilnujemy i jesteśmy na nie wyczuleni. Dawniejsze pokolenia podchodziły do tego zupełnie inaczej. Patrzono na funkcjonalność. Mamy taki instrument, ale chcemy mieć większy, więc go rozbudujemy o rozwiązania akurat w danej chwili dostępne. Takie było kiedyś podejście. Trzeba też pamiętać, że większość instrumentów, które znamy w Polsce jako najsłynniejsze, typu Oliwa, typu Święta Lipka, czy Frombork, to są właśnie składaki. Czasem nawet przewodnik naciąga trochę historię, jak stary to jest instrument, tylko skąd na nim się wzięły kolorowe przełączniczki z tworzywa sztucznego i świecące lampki (śmiech). Historia żarskiego instrumentu nie odbiega niczym od innych, ale bardziej znanych. W tym kontekście warto na pewno ten instrument promować i zawsze będę tego bronił. Żary też powinny mieć swoją szansę na promocję.

Gdyby teraz ktoś zapytał, jak stary jest instrument w żarskiej farze, to jak można to określić?
– Najstarsza część instrumentu, 36-głosowa, przeniesiona do Żar ze Świerzawy, pochodzi z drugiej połowy XIX wieku. Natomiast wszystkie dodatki są z 1984 roku.

Dziś ten instrument gra tak, jak powinien?
– Na szczęście, poza kwestiami wymiany pewnych elementów, instrument nie wymagał tak gruntownego remontu, żeby trzeba go było całkowicie rozbierać. Oczywiście, piszczałki trzeba było wyciągnąć, wymienić połamaną blaszkę styków elektrycznych i tak dalej. Później dopiero można było zająć się brzemieniem. Co oznacza, że organy są 50-głosowe? Głos w organach to konkretna barwa włączana wyłącznikiem, na przykład barwa trąbki, fletu, czy innego instrumentu. W komplecie jest tyle piszczałek, ile jest klawiszy na klawiaturze. Wydają one dźwięki o określonej barwie. Jeśli mamy 56 klawiszy, to w komplecie mamy minimum 56 piszczałek imitujących trąbkę. Czasem kilka piszczałek przypada na jeden dźwięk. Mówię o przykładowej trąbce, jako o jednym głosie. Tych głosów żarskie organy mają pięćdziesiąt. Stąd się biorą tysiące piszczałek w organach. Każdy głos sprawdzany jest osobno. Trzeba się wsłuchać, czy każda piszczałka wydaje odpowiedni dźwięk, czy nie gra za głośno, albo za cicho w stosunku do innych. Wykonuje się odpowiednie regulacje. Chodzi o to, by komplet piszczałek miał razem odpowiednią barwę. I tak głos za głosem, kształtuje się ogólne brzmienie organów, a potem to wszystko trzeba ze sobą zestroić.

Nie ma chyba bardziej skomplikowanej rzeczy do wykonania, jeśli chodzi o instrumenty.
– To prawda.

Tak przy okazji. Długo trzeba się tego uczyć?
– Właściwie całe lata. Powiem tak. Pierwszy instrument wyremontowałem samodzielnie mając 17 lat. W tym roku skończę 45 lat. Pewne doświadczenie więc posiadam, ale organmistrzostwo jest na tyle rozległą dziedziną, że człowiek zdobywa wiedzę i rozwija się przez całe lata. Tak jak w muzyce. Do pewnych kwestii trzeba dojrzeć. Zrozumieć instrument, pod kątem brzmienia i jego epoki. Słuch też rozwija się z czasem, gdy stroimy organy, szczególnie głosy bardzo wysoko, lub bardzo niskobrzmiące, wchodzące niekiedy w granice infradźwięków i ultradźwięków. W ten sposób nabywa się praktyki. Można się tego uczyć całe życie.

Żarskie organy mają 50 głosów. To dużo, czy mało?
– W zasadzie o dużych instrumentach mówimy, gdy mają już 40 głosów. Zatem 50-głosowy jest naprawdę dużym instrumentem koncertowym. W skali kraju jest to na pewno jeden z większych instrumentów.

fot. Andrzej Buczyński

Mamy takie organy w Żarach, a tak naprawdę niewiele osób o tym wie.
– Takich organów jest trochę w Polsce. Problem polega na tym, podobnie jak w Żarach, że nie są one promowane, nie są organizowane na nich koncerty. Z reguły służą tylko do liturgii. Dlatego o tych instrumentach świat nie wie. Sam nie wiem o wszystkich instrumentach, jakie są w Polsce. Dopiero gdy przyjechałem do Żar, to na miejscu zrobiłem takie oczy, że tak duży instrument jest w miejscowym kościele. Gdy w środowisku organistów opowiadam o Żarach, to też każdy się dziwi, że są takie organy.

Może o żarskich organach będzie głośniej, gdy nagra pan na nich płytę. Ten pomysł ma szansę realizacji?
– Tak. Jeśli chodzi o repertuar, sprawa jest jeszcze otwarta. Będzie to muzyka bardzo przekrojowa, po to by trafiła do jak najszerszej rzeszy słuchaczy. Oczywiście, w przyszłości takich płyt można nagrać więcej, nawet węższych tematycznie, na przykład poświęconych tylko jednemu kompozytorowi. Na pierwszej chciałbym jednak nagrać różną, wartościową muzykę, aby pokazać szerokie możliwości tych organów – ze strony technicznej, jak i walorów brzmieniowych. Wraz z księdzem proboszczem mamy taki plan. Nie wiem jeszcze dokładnie, kiedy to zrobimy. Na pewno jakoś w okresie wakacyjnym. Przed nagraniem instrument będzie jeszcze dostrojony – teraz pogoda nie sprzyja instrumentowi, wstawiliśmy tam jeszcze wodę, aby wilgotność była odpowiednia. To musi się tam wszystko zaaklimatyzować. Za jakiś czas przyjadę do Żar i skontroluję organy. Wtedy na świeżo, po ewentualnym dostrojeniu, nagramy tę płytę.

Nagranie płyty jest w pewnym sensie certyfikatem wykonanej przez pana pracy, a także jakości brzmienia, jaką posiadają organy w farze.
– Oczywiście, że tak. Płyta bardziej wymagająca, niż zagranie koncertu na żywo, dla wykonawcy i samego instrumentu. Jeśli wykonawca pomyli się podczas koncertu, albo instrument gdzieś niedomaga, to usłyszymy to raz i zapomnimy. Inaczej, gdyby coś takiego było zarejestrowane na płycie i odsłuchiwane wielokrotnie. Do nagrania płyty wykonawca musi być przygotowany perfekcyjnie. Ale i sam instrument musi być w perfekcyjnym stanie. Jest to pewna wizytówka i dowód na to, że organy są godne tego, aby je nagrać.

Dziś można już myśleć o festiwalu organowym w Żarach. Przynajmniej jest na czym grać.
– Jak wspomniał ksiądz proboszcz podczas ostatniego koncertu, byłaby to promocja nie tylko samego kościoła, ale i całego miasta. Koncert, festiwal, czy nawet prezentacja organów turystom, to drogi do promocji.